O autorze
Blog będzie obejmował przede wszystkim problematykę polityczną, ale także kulturalną oraz samorządową. Pisany z trzech perspektyw: europejskiej, krajowej i wrocławskiej, nie będzie nadmiernie osobisty, choć także odmienny od klasycznej formy felietonu. Za każdym razem odniesiony zostanie do innej, jednej tezy, będącej efektem określonej obserwacji lub refleksji. Wpisy na blogu mogą pojawiać się incydentalnie, generalnie natomiast będzie on miał charakter delikatnej prognozy w oparciu o bieżące wydarzenia, procesy polityczne lub kulturowe.
www.zdrojewski.info

Ministerstwo Kultury – tam, gdzie kultura przenika się z polityką

Dokładnie 100 lat temu, 5 grudnia 1918 r., Naczelnik Państwa Józef Piłsudski wydał dekret o utworzeniu Ministerstwa Sztuki i Kultury. Zgodnie z art. 2 dekretu, do zadań ministra należało „zawiadywanie i opieka nad sztuką, literaturą piękną, zabytkami, muzeami sztuki, teatrami i wykształceniem estetycznym narodu”. Warto zwrócić uwagę, jak szybko po odzyskaniu niepodległości powołano resort kultury, rozumiejąc znaczenie kultury dla społeczeństwa. A zwłaszcza uznano wartość wykształcenia estetycznego!

Na przestrzeni tych 100 lat ministerstwo kilkakrotnie zmieniało nazwy, a nawet w 1922 r. zostało wchłonięte przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W mojej ocenie, całkowicie wystarczającą nazwą było po prostu - Ministerstwo Kultury. To pojęcie obejmuje przecież wszystko, co najistotniejsze - sztukę, teatr, dziedzictwo narodowe, czy też edukację artystyczną. Zostając ministrem postanowiłem tej nazwy nie zmieniać – żeby uniknąć niepotrzebnych kosztów związanych ze zmianami w licznych dokumentach, ale także by nie wpaść w łatwą do prowadzenia i niezwykle negatywną debatę, dlaczego usunięto „dziedzictwo narodowe”. Czyżby było mniej ważne? Absurd...

Stuletnia historia resortu to nie tylko historia zmiany jego nazwy, ale i zakresu kompetencji, czy stosunku do polityki kulturalnej poszczególnych rządów. W XXI wieku te kompetencje z jednej strony się zmniejszyły (decentralizacja i przesunięcie części odpowiedzialności na jednostki samorządu terytorialnego), a z drugiej strony poszerzyły (rozwój współpracy zagranicznej, obsługa funduszy unijnych, powstawanie instytucji kultury o wymiarze międzynarodowym).
Jedno jest pewne – dziś nikt rozsądny nie podważa zasadności istnienia resortu kultury i znaczenia polityki kulturalnej dla rozwoju społeczeństwa. W słynnej anegdocie z czasów II wojny światowej Churchill miał na propozycję cięcia wydatków na kulturę zareagować oburzeniem i retorycznym pytaniem, o co w takim razie toczymy wojnę, jeśli nie o zachowanie naszej kultury. Oburzenie to było – dodajmy – ze wszech miar słuszne. (Na marginesie Churchillowi przypisywano także mniej dla kultury pochlebne słowa).

Myślę, że rozumiemy to szczególnie w Polsce, która w czasach wieloletniej utraty państwowości przetrwała również dzięki artystom. Z jednej strony - dzięki tym, którzy przez wieki tworzyli niezwykłe dzieła literackie, muzyczne czy plastyczne ( to również w nich przetrwał polski język i kultura). A z drugiej strony - dzięki tym, którzy swoją pozycję w świecie kultury wykorzystywali także do działań na rzecz państwa, w tym na rzecz odzyskania niepodległości.
Szczególnym przypadkiem jest tu Ignacy Jan Paderewski – na przełomie wieków jeden z najwybitniejszych światowych muzyków i kompozytorów, a jednocześnie, choć dziś trudno w to uwierzyć, ówczesny celebryta, przy tym człowiek niezwykle zamożny i dzięki temu niezależny. Swoją sławę, a także szczególną pozycję wykorzystywał do wytrwałej dyplomacji na rzecz Polski. Wreszcie, po odzyskaniu niepodległości, został premierem i ministrem spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.
To przykład wyjątkowy, ale nie odosobniony – w czasach PRL-u liczni ludzie kultury uczestniczyli w działaniach opozycji demokratycznej, wydawali swoje książki w drugim obiegu, wystawiali przedstawienia w nieformalnych teatrach. Z jednej strony dbali o to, by – mimo cenzury – społeczeństwo miało kontakt z kulturą najwyższej próby, a z drugiej strony wprost angażowali się w życie publiczne.


Po 1989 r. część z nich weszła do polityki w sposób bezpośredni – by wspomnieć Izabelę Cywińską, Andrzeja Wajdę, Andrzeja Szczypiorskiego, Stanisława Stommę, Andrzeja Szczepkowskiego, Joannę Wnuk-Nazarową, Kazimierza Kutza czy Gustawa Holoubka. Większość z nich dość szybko poczuła, że to nie jest ich świat i po zakończeniu nadzwyczajnego okresu we współczesnej historii Polski, wróciła do swojego świata artystycznego.
Jednak nie oznacza to, że artyści nie byli później aktywni w szeroko pojętym życiu publicznym.

Czym innym bowiem jest gest Andrzeja Wajdy, który w części ufundował działające i rozwijające się do dziś z wielkim powodzeniem Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Czym innym jest niezwykła działalność Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich, którzy na wszelkie sposoby popularyzują muzykę klasyczną. Działanie na rzecz dobra wspólnego to też niewątpliwe działanie polityczne.

Dodam, że i na świecie mieliśmy ciekawe przykłady ludzi kultury wchodzących do polityki, ale też odwrotnie – polityków miłujących się w kulturze. Dość wspomnieć skromnego dramaturga, Vaclava Havla, który jako prezydent stał się ulubieńcem Czechów, a z drugiej strony Jacka Langa, dyrektora teatru, który stał się wysokim funkcjonariuszem publicznym reformującym obszar kultury we Francji.

Przy tej okazji, warto na moment przejść do Stanów Zjednoczonych – właśnie tam, w państwie będącym mimo wszystko wzorem demokracji liberalnej, poziom zaangażowania ludzi kultury w życie polityczne jest szczególnie wysoki. Nie kryją oni swoich poglądów, wspierają lubianych polityków, bądź wypowiadają się krytycznie o tych, których nie cenią. Popularni artyści występują na wiecach polityków, a nawet nagrywają dla nich specjalne utwory i nie budzi to szczególnej kontrowersji.

Dlatego dziś dziwi mnie, gdy czytam u prorządowych publicystów krytykę artystów, którzy angażują się publicznie – wyrażają swoje przekonania, biorą udział w demonstracjach czy popierają konkretne ugrupowania. Po pierwsze, artyści mają takie same prawa, jak wszyscy obywatele – w tym do wyrażania swoich przekonań. Po drugie, zwłaszcza w Polsce mamy ogromną tradycję udziału ludzi kultury w życiu publicznym, a kwestionowanie prawa do tego kojarzy się z najbardziej haniebnymi momentami PRL-u…

Wracając jednak do 100-lecia Ministerstwa Kultury – instytucji, w której przenika się polityka z kulturą. Jako najdłużej urzędujący minister kultury po 1989 r. mam ogromny sentyment do ministerstwa, środowiska ludzi kultury, a także pięknego pałacu Potockich, w którym resort mieści się od 1949 r. Niestety, dziś często patrzę ze smutkiem na dość instrumentalne traktowanie kultury, na dominację w myśleniu kategoriami jedynie dorobku, który jest, a nie który należy budować. Proporcje w kulturze są niezwykle istotne. Trzeba dbać o dziedzictwo materialne i duchowe, wspierać artystów i instytucje tu i teraz. A także pamiętać, że bez eksperymentów, warunków dla rozwoju kreatywności, a zwłaszcza kształcenia kolejnych pokoleń artystów utkniemy w przeszłości.

Dziś cieszę się z jubileuszu resortu i życzę wszystkim ludziom kultury, ale także urzędnikom pracującym na rzecz kultury na wszystkich szczeblach władzy, żeby w ich kierownictwach zawsze zasiadali politycy rozumiejący znaczenie kultury i dostrzegający potrzeby środowiska.

Na koniec wrócę do dokumentu źródłowego i jeszcze raz podkreślę znaczenie gustu, estetyki, wiedzy i wyczucia. W każdej aktywności i każdym obszarze.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...