Jesteśmy w przededniu Święta Niepodległości. I choć - jako jedno z niewielu polskich świąt – nawiązuje ono do wydarzenia jednoznacznie pozytywnego, obchodzimy je jak rocznice katastrof i porażek – bez radości, z patosem i odwołaniami, niemal wyłącznie, do wysiłków zbrojnych. Ponownie głównym bohaterem będzie Józef Piłsudski i Legiony. Oczywiście - słusznie, ale nie odzyskał on niepodległości Polski ani jednoosobowo, ani też w efekcie militarnych sukcesów I Brygady.
Nie mam wątpliwości, że powinniśmy obdarzać specjalnym zainteresowaniem i szacunkiem także inne nasze wysiłki i postaci historyczne. Przypominać zwłaszcza o Ignacym Janie Paderewskim, którego aktywności, w tym pozyskaniu opinii prezydenta Stanów Zjednoczonych Woodrowa Wilsona, zawdzięczamy m.in. kluczowe dla nas zapisy Traktatu Wersalskiego. Pamiętać o aktywności Henryka Sienkiewicza, któremu nie dane było dożyć niepodległości, a także późniejszych generałów – Tadeusza Rozwadowskiego, Józefa Hallera czy Władysława Sikorskiego. Wspominać także Ignacego Daszyńskiego i Wincentego Witosa - posłów do… austriackiej Rady Państwa.
Nie przez przypadek wymieniłem właśnie te postaci. Dziś bowiem, poprzez aktywności międzynarodowe, uczestnictwo w parlamentach „obcych państw” czy też obcych armiach, mogłyby budzić sprzeczne oceny. Oczywiście, ówczesna sytuacja Polski była zupełnie inna i nie można patrzeć na nią ahistorycznie. Można natomiast snuć pewne analogie. Polska w izolacji, bez sojuszników, bez wsparcia międzynarodowego, bez skutecznych ambasadorów, a dziś bez prestiżu w instytucjach UE, nie ma szans na sukces.
Dla niektórych patriotyzm ogranicza się do wsparcia drużyny narodowej w potyczkach o udział w mistrzostwach świata w piłce nożnej, ale już niekoniecznie do stawienia się w pełnej gotowości i „trzeźwości” umysłu następnego dnia w pracy. Dla innych to często pamięć o naszych klęskach narodowych i specjalne ich pielęgnowanie, a zapominanie o mniejszych i większych sukcesach, które nie zawsze są spektakularne, ale - długofalowo -niezmiernie istotne. Myślę tu o trudnych staraniach dyplomatycznych, a zwłaszcza o sile oddziaływania naszej kultury. Adam Mickiewicz, Fryderyk Chopin, Henryk Sienkiewicz, pokolenie Norwidów, Grottgerów, a następnie Miłoszów, Giedroyciów, Jeziorańskich, Bartoszewskich… a także wybitnych współczesnych reżyserów klasy Kieślowskiego czy Wajdy, zafundowało nam wolną Polskę z szacunkiem świata.
Bez wątpienia, istotną postacią był Ojciec Święty Jan Paweł II, a także przywódca Solidarności Lech Wałęsa. Spory skrajnej lewicy o krystaliczność aktywności naszego papieża są prawie tego samego rodzaju, co ataki prawicy na fragmenty życiorysu młodego Lecha Wałęsy. Liczni, więksi i mniejsi bohaterowie naszego sukcesu, są celem ostrych ataków we własnej Ojczyźnie, zamiast być symbolem, a - w efekcie - ostoją naszego sukcesu i naszej pozycji.
Patriotyzm powinien być dziś w nadzwyczajnej cenie. Mamy suwerenność. Jesteśmy członkami europejskiej rodziny z nadzwyczajnymi gwarancjami. Jerzy Buzek był pierwszym przewodniczącym PE z krajów Europy środkowo-wschodniej. Janusz Lewandowski pierwszym komisarzem odpowiedzialnym za budżet kluczowej dla nas perspektywy. Donald Tusk pełni funkcję szefa Rady Europejskiej. Nie chcę zamykać ust krytykom poszczególnych efektów polskiej transformacji – mają do tego prawo. Jednak nie mogę zgodzić się na dezawuowanie wszystkiego, co osiągnęliśmy dzięki postaciom wymienionym w tym tekście. I wielu innym. W tym kontekście, nadmierne marudzenie jest zaprzeczeniem patriotyzmu.
Czym jest zatem patriotyzm? Dla mnie - to szacunek do dorobku Przodków, który musi, podkreślam, musi być łączony z odpowiedzialnością za przyszłość naszych dzieci i kolejnych pokoleń. To skuteczne aktywności na rzecz Ojczyzny. To także pozyskiwanie i liczenie się z międzynarodową opinią publiczną, by w kluczowym momencie nas wspierała.
