Deprecjacja klasy średniej efektem polityki PiS

Pexels.com
Rok 2016 to niezwykle trudny czas dla wciąż wątłej klasy średniej. Nie pokuszę się o zdefiniowanie tej grupy społecznej ani też określenie jej wielkości. To zadanie o innej skali trudności i nie na blog. Dziś ważniejsze są inne obserwacje, a przede wszystkim prognozy.

Od 1989 roku zmieniały się kryteria, warunki jej funkcjonowania, jak i liczebność. W Europie, inaczej niż np. w USA, definiowanie klasy średniej jest oparte przede wszystkim na zasobności portfela, wielkości dochodu, czasami także posiadanym majątku. W Stanach Zjednoczonych bywali eksperci definiujący klasę średnią np. przez strukturę konsumpcji, poziom określonych wydatków, także np. procent wydatków na potrzeby kulturalne, a nie prosto obliczaną jej wielkość.

Polska klasa średnia przeżywała swój pierwszy dobry czas w czasie pierwszego etapu wolności gospodarczej 1989 roku. To wówczas mogły powstawać dość szybko nowe podmioty gospodarcze, zaczęły rosnąć majątki dużej grupy osób, a także rozwijać się rozmaite rodzaje usług. Faktem jest, że na słabości państwa, aparatu skarbowego, korzystały różne osoby, także z odchodzącej władzy oraz przede wszystkim handlowcy. Rozmaite patologie były dodatkowym kosztem, ponoszonym w związku z urynkowieniem gospodarki. Kolejny skok w nowe ramy wolności pojawił się wraz z wejściem Polski do UE. Otwarcie granic oraz dostęp do wspólnego rynku spowodowało poprawę sytuacji kolejnej grupy społecznej.

Nie wchodząc w detale, trzeba przyznać, że wszystkie ekipy rządzące od 1989 roku zaniedbywały budowanie klasy średniej w oparciu o najlepiej wykształconych, inteligencję, ludzi kultury, ale także elity administracji publicznej. Czyniono to od pewnego czasu, dołączając własną klasę polityczną, odmawiając urzędnikom R-ki, ekspertom z najwyższymi kwalifikacjami, czy korpusowi służby cywilnej także rewaloryzacji wynagrodzeń.

Dzisiejsze podziały na klasy są coraz bardziej rozbudowane i słusznie lekceważą kryteria klasycznie XIX-wieczne. W ciekawych propozycjach i wynikających z nich badaniach klasa średnia potrafi być dzielona na klasę wyższą (upper middle class), średnią właściwą (middle middle) i tę niższą (lower). Problem w Polsce polega na tym, że najczęstszym kryterium przynależności jest… samopoczucie.

W efekcie tego blisko 70% uważa się za klasę średnią, choć zarabia 3-4 tys. złotych miesięcznie, a zaledwie 20-30% za grupę funkcjonującą poza granicami bezpieczeństwa socjalnego.
Debaty o klasie średniej przeważnie są, to przykro powiedzieć, na żenująco niskim poziomie. Z jednej strony pojawiają się kryteria zarobkowe (słusznie), z drugiej czysto konsumpcyjne (przeważnie dość przypadkowe) z trzeciej – sam styl życia (pełna dowolność ocen). To, czy ktoś ma środki i potrzeby, by każdego dnia spędzać czas na siłowni, jeść sushi i jeździć określonej marki samochodem, jest perspektywą raczej wyłącznie „warszawską” i bardzo mylącą.

Klasa średnia to jednak przede wszystkim osoby pracujące na własny rachunek, ponoszące stuprocentowe ryzyko własnych decyzji biznesowych, oczekujące stabilnych i przewidywalnych warunków dla swojej pracy, nietolerujące niejasnych, nietransparentnych okoliczności wykonywania operacji finansowych, a także nieuzasadnionych gratyfikacji na rzecz uchylających się od pracy.

Dzisiejsza ekipa rządząca, prawdopodobnie nieświadomie, klasę średnią de facto likwiduje. Program 500 +, kwota wolna od podatku, obniżenie wieku emerytalnego, podejrzliwość wobec każdej aktywności biznesowej, jak i niechęć do instytucji europejskich oznaczają w finale deprecjację wciąż zbyt małej i zbyt słabej klasy średniej.

„Warszawska perspektywa”, zgubna dla wielu ekip rządzących, nie jest przeszkodą dla PiS. Wręcz odwrotnie. PiS, nie uznając kryteriów charakterystycznych dla Warszawy, gubi kluczowe wyznaczniki motywacyjne dla całej klasy średniej polski A i B.
Nie dorobiliśmy się znaczącej klasy upper, mieliśmy wąską klasę middle, ale patrząc na aspiracje, skalę wysiłku, czas pracy i samopoczucie klasa niższa klasy średniej (lower) była naszą nadzieją. Była, bowiem w tej chwili przestaje być.

Niestety nie ma w Polsce uznania kryterium, np. dbałości o zdrowie, za istotne dla przynależności do określonej grupy aspirującej. Nie ma także konsekwentnego łączenia wiedzy o świecie, nauce, biznesie, kulturze etc. z prawem do reprezentowania określonych poglądów danej grupy społecznej. Dominuje raczej styl… celebrycki – autorytetami stają się osoby bez dorobku, bez wiedzy, bez doświadczenia, za to znane. Dla procesu budowania silnej klasy średniej to zabójcze. Pożądane wzorce medialne (wysoka oglądalność) mają swoją granicę absurdu i w efekcie wysoki koszt dla kondycji całego państwa.

Klasa wyższa, czy raczej grupa, o majątkach i dochodach najwyższych to w Polsce grupa niezwykle wąska. Warto przyjrzeć się statystykom, danym z urzędów skarbowych, by stwierdzić, że po tzw. setce najbogatszych niezwykle szybko zmniejsza się liczba osób rzeczywiście majętnych. Odsetek Polaków w tej grupie jest w granicach błędu statystycznego.

Siła tak dużego państwa, jak Polska, zależy od wielkości, stabilności i jakości klasy średniej. Idealnie, by była to grupa nie tylko zasobna finansowo, dobrze wykształcona, stabilna, ale także budująca wzorce konsumpcyjne. Krótko mówiąc, bywała w filharmoniach, odwiedzała galerie sztuki, posiadała w domach nie kopie, ale oryginały dzieł, np. naszych współczesnych artystów, ale przede wszystkim dobrze komunikowała się z swoimi odpowiednikami we Francji, Hiszpanii, Niemczech, czy też USA.

Wiedza, doświadczenie, kreatywność muszą być doceniane, lub co najmniej szanowane.
Mam żal, a nawet pewną pretensję do własnej formacji, że nie deprecjonując klasy średniej, jednak niewiele dla niej zrobiła. Odebranie 50% kosztów uzyskania przychodów było przeciętnie uzasadnione, a już na pewno zrealizowane niezgodnie z zakładaną intencją. Trzeba jednak przyznać, że generalnie klasa średnia była dla PO najważniejszym adresatem politycznych przekazów. Szkoda, że tych do niej aspirujących pozyskano tak mało.

Dziś upominam się o klasę średnią z sześciu powodów:

1. To ona de facto przesądza o sukcesach państwa.

2. Jej słabość to wręcz zagrożenie dla naszej suwerenności.

3. Wielkość, zasobność, aktywność klasy średniej to kluczowy barometr, przesądzający o skłonności do inwestowania.

4. Wzorce konsumpcyjne klasy średniej, a nie najbogatszej, przesądzają o zachowaniach, aspiracjach klasy uboższej – po prostu ją mobilizują.

5. Cenienie wiedzy, doświadczenia, rozmaitych zdolności, aspiracji i samej pracy czyni państwo bogatszym. Dosłownie.

6. Uderzenie w klasę średnią osłabia najsłabszych, uboższych. Koniec końców, to właśnie ci najliczniejsi płacą najwyższą cenę.

Postponowanie środowiska prawniczego, instrumentalne traktowanie nauczycieli, łamanie standardów pracy dziennikarskiej, stosunek do NGO, polityczne, a nie merytoryczne nominacje w służbach mundurowych, lekceważenie instytucji europejskich (klasa średnia jest głównym beneficjentem przynależności do UE), przy jednoczesnej pobłażliwości dla zachowań ksenofobicznych, wręcz rasistowskich, homofobicznych, to niestety redukowanie możliwości rozwoju klasy średniej. Jej poważna deprecjacja.

Samopoczucie aspirującej klasy średniej, zwłaszcza tej lower i middle middle, stabilność i przewidywalność warunków pracy, rozumienie potrzeb, akceptacja dla wysiłków, zauważanie sukcesów i… „niekaranie za sukces”– to pewne minimum dla zapewnienia by w ogóle istniała.
Dziś samopoczucie klasy średniej jest lepsze niż jej sytuacja. Mam jednak wrażenie, że zmiana na gorsze właśnie została uruchomiona.
Trwa ładowanie komentarzy...