Barometr kultury

Roku rządów wicepremiera Glińskiego nie chciałem oceniać. Mam w swojej pamięci zarówno skalę trudności w prowadzeniu tego resortu, jak i konieczność posiadania wiedzy o szerokich kontekstach, aby nie minąć się z rzetelnością. Z tego też powodu kilka poniższych uwag będzie raczej ku przestrodze niż jakąś okolicznościową, polityczną cenzurką.

Po pierwsze, pieniądze. Satysfakcja wicepremiera Glińskiego z osiągnięcia 1% wydatków na kulturę przy 6-proc. wzroście w stosunku do roku poprzedniego ma kilka istotnych wad. Przede wszystkim tempo przyrostu wydatków na kulturę wyhamowuje. W latach, za które ponosiłem odpowiedzialność, przyrost wydatków resortowych de facto został prawie podwojony. Bez uwzględniania środków europejskich, 1% został zagwarantowany już na rok 2015. Dziś policzenie tego 1% jest raczej zabiegiem księgowym niż faktycznym wyliczeniem rzeczywistego udziału. Tym, co martwi, jest zanik działań, które stymulowały wzrost nakładów na kulturę w samorządach wszystkich szczebli, a zwłaszcza urzędów marszałkowskich.



Resort, przejmując odpowiedzialność za rozmaite instytucje (unaradawiając je), niestety obniża stopień odpowiedzialności finansowej za kulturę pozostałych organizatorów. Dziś przy słabnącej polityce rozmaitych zachęt inwestycyjnych, a zwłaszcza kontrolowania przyszłych kosztów prowadzenia nowych czy też właśnie przejmowanych instytucji, kryzys w finansach kultury, z którego z takim trudem wyszliśmy, wróci za kilka lat ze zdwojoną siłą.

Po drugie, instytucjonalna odpowiedzialność. Wyjście z PRL-u odbywało się na raty. Koniec końców podzielono odpowiedzialność w kulturze zarówno, jeśli chodzi o proporcje finansowe, jak i w odniesieniu do określonych obszarów instytucjonalnych. W finansach wyglądało to w dużym uproszczeniu tak: samorządy 55%, rząd 25%, 10% inne instytucje publiczne, a reszta poddana wspomaganiu komercyjnemu. Różnie z tym bywało, proporcje się zmieniały, ale to dyrektorzy instytucji, same instytucje, ze wsparciem ambitnych samorządowców, uciekały z opieki ministerialnej do bogatszych wówczas samorządów. Rok 2007 to już czas dominacji samorządowców (blisko 75% odpowiedzialności finansowej za kulturę i bardzo ograniczony udział np. MKiDN i podmiotów prywatnych). Omnipotentne, centralistyczne państwo w jakimś sensie zakończyło swój byt. Na moment za ministra Dąbrowskiego powrócił sentyment do opieki rządowej (prestiż), za ministra Ujazdowskiego nabrał kształtu skromnego narzędzia wpływu politycznego, ale dopiero w latach 2007-2014 nastąpił powrót mecenatu państwa w wersji inwestycyjnej (wspierania projektów, jednak bez przejmowania instytucji). Dziś mamy próby wskrzeszenia centralistycznego zarządzania kulturą, z powiększaną odpowiedzialnością nie tylko za finansowanie, prowadzenie instytucji, ale przede wszystkim ich programowanie.

Po trzecie, kadry. Kultura to obszar wielkiego zróżnicowania, rozmaitych środowisk, odmiennych wrażliwości, potrzeb, oczekiwań publiczności, instytucjonalnych tradycji. Kompromisy w tej materii to dyplomatyczna nazwa porażki. Nie chcę nikogo urazić, ale w grupie wysokiej klasy menedżerów ławka personalnych możliwości nie jest imponująca. Pozyskanie do współpracy zarówno konserwatywnego, niezwykle kompetentnego Tomasza Merty, jak i lewicowego, powszechnie szanowanego Waldemara Dąbrowskiego, traktuję nie tylko jako sukces, ale także ilustrację niezbędnych decyzji personalnych.

W tym samym czasie z zagranicy ściągam, ociągającego się, Pawła Potoroczyna, szefem rady powierniczej MN w Warszawie zostaje szanowany przez prawicę prof. Jack Lohman, a Instytut Książki wyciąga z zapaści Grzegorz Gauden, reprezentujący inne polityczne skrzydło. Szefami Muzeum II Wojny Światowej czy też Muzeum Żydów Polskich zostają kandydaci z pozapartyjnych preferencji (dziś umyka to nie tylko dziennikarskiej pamięci). I realizują politykę, wynoszącą budowane instytucje do rangi europejskiej.

Dziś odejścia prof. Machcewicza, Potoroczyna, zapowiadane Merczyńskiego i wielu innych osłabia instytucjonalną siłę, i to na lata. Utrata zdobytych przez nich pozycji w świecie niezwykle hermetycznych, ekskluzywnych kontaktów, oznacza dla polskiej kultury cofnięcie, wyrażane nie latami, lecz dekadami.

Po czwarte, inwestycje. Polska jako jedyne państwo wykorzystała środki unijne na inwestycje w kulturze w skali i ilości bezprecedensowej. Dziś już takiej możliwości nie ma (w ubiegłym roku ostatecznie zablokowano możliwość realizacji inwestycji w kulturze skali średniej i dużej). To tak dla przypomnienia przeciwnikom budowy Opery Podlaskiej, Centrum Nauki Kopernik, NFM, Sali NOSPR w Katowicach czy też np. ECS w Gdańsku. Pominę przykłady średniej wielkości, choć było ich w Polsce najwięcej w Europie. Dziś oprócz kontynuacji (w tym: trudne decyzje przenoszenia lokalizacji MHP) brakuje projektów nowych, nośnych, a zwłaszcza zachęt do kontynuacji polityki sensownego wspierania inwestycji, realizowanych np. przez samorządy.

Po piąte, sami artyści. Kultura nie znosi kryteriów politycznych. Starałem się o tym pamiętać. Zarówno w nagrodach, odznaczeniach, wnioskach, obowiązywała zasada dorobku, a nie poglądów politycznych. Podane w ciągu ostatniego roku przez obecne kierownictwo resortu „wykluczenia osoby czy instytucji z pozytywnego rozstrzygnięcia określonego wniosku” o tyle są bez sensu, że po prostu samych aplikacji (wniosków) nie było. Dziś trzymam kciuki za takie wsparcie artystów, w których sam, niestety, poniosłem porażkę. Być może uda się przywrócić z niezbędnymi korektami „koszty uzyskania przychodów”, a także powrócić do opracowanego, już prawie uzgodnionego, zabezpieczenia socjalnego dla zasłużonych artystów. Niestety rozpiętość, wielkość ówczesnych oczekiwań nie pozwoliła dopiąć projektu do końca.

To, co jednak najistotniejsze, to prowadzenie polityki, w której resort nie jest recenzentem, kuratorem czy też politycznym cenzorem artystycznej aktywności instytucji artystycznych i samych artystów.

Po szóste, odpowiedzialność za edukację artystyczną i kulturalną. Szkolnictwo artystyczne uzyskało właściwe wsparcie inwestycyjne. Dziś wymaga uzupełnienia, kontynuacji, dotyczącej już jedynie wyposażenia (jest na to szansa i środki europejskie). Kluczowym jednak sprawdzianem dla wicepremiera Glińskiego będzie utrzymanie muzyki i plastyki w programach szkół publicznych.

Po siódme, stosunek do NGO. Sam wspominam współpracę z „Obywatelami Kultury” jako jedną z najtrudniejszych, ale z drugiej strony bez wątpienia kluczowych. Spotkania z rozmaitymi organizacjami stały się nieodzownym elementem pracy całego resortu. Dziś to oczywiście samorządy są głównym odbiorcą takich aktywności. Ale bez wątpienia jednak to MKiDN musi, powinno w tej materii tworzyć najlepsze wzorce. Zlekceważenie przez resort „obywatelskiego kongresu kultury” to zły znak na przyszłość.

Po ósme, płace w kulturze. Od 2007 r. kolejne grupy były wyciągane z zapaści finansowej: konserwatorzy, nauczyciele, pracownicy administracyjni szkół, archiwiści etc. Nikt, żadna grupa w sposób satysfakcjonujący. Ale jednak. Ostatnie decyzje odchodzącego rządu PO obejmowały kolejne zobowiązania czy też etapy (archiwiści podzieleni byli na dwa etapy, jeden zrealizowany, inni w zależności od organizatora –samorząd czy państwo). Bez wątpienia jednak jest tu wciąż bardzo wiele do zrobienia.

Po dziewiąte, odpowiedzialność za przyszły stan instytucji artystycznych, narodowych, współprowadzonych i wszelkich programów. Sztuką jest inwestowanie w kulturę, ale niezwiększanie kosztów jej utrzymania. Polacy są w Europie społecznością o szczególnie niskim poziomi gotowości wydatków na kulturę z własnej kieszeni. Tu najłatwiej o wprowadzenie zbyt wysokiej odpowiedzialności państwa za uczestnictwo w kulturze obywateli, powrót scentralizowanej, państwowej (partyjnej) polityki kulturalnej i odwrotny jej efekt.

Pominę ważny wątek dostępności do kultury, digitalizacji zbiorów, zmian technologicznych. W danych statystycznych ostatnia dekada to jednak przełom. Muzea za złotówkę dla najmłodszych, a także specjalnie dedykowane programy dla najstarszych, plus zmiany w nawet najmniejszych bibliotekach nie są dziś na szczęście podważane przez nową ekipę. Ważne jednak, by nie stać w miejscu. Konieczne są nowe inicjatywy, adresowane w przyszłość i uwzględniające zmieniające się możliwości technologiczne. Tych niestety brakuje.

„Barometr kultury”, zaproponowany w tytule, nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi ocenami pracy jakiegokolwiek ministra. W tej materii dominuje absolutna subiektywność, nikła rzetelność i przede wszystkim tymczasowość. Praca MKiDN może jednak mieć ogromne znaczenie dla ocen kondycji ekipy politycznej, jej intencji, oczekiwań społecznych i przyszłych prognoz.
Trwa ładowanie komentarzy...